AURELIA KARCZMARCZYK


Sekcyjna Aurelia Karczmarczyk, córka Jana i Marceli Wójcików, urodzona 9 października 1905 r. w Oświęcimiu, woj. krakowskie. Ostatnio byłam żoną osadnika wojskowego na Wołyniu.


10 lutego 1940 roku posłyszałam nad ranem ogromne stukanie w drzwi i okno, aby otworzyć. Przelękłam się bardzo, bo spałam sama z synem, ponieważ przed dwoma miesiącami pochowałam męża. Otworzyłam drzwi i weszło pięciu Sowietów. Kazali mi zaświecić światło i powiedzieli, ażebym do czterdziestu minut była spakowana, gdyż muszę jechać na ich terytorium. Gdy posłyszałam te słowa, zaczęłam ogromnie płakać i rozpaczać. Żal mi było zostawić tę piękną gospodarkę, którą zapracowałam swoimi rękoma. Syn mój miał wtedy niecałe 12 lat, ale biedaczek pocieszał mnie i prosił: – Mamusiu proszę nie płakać, przyjdzie taki czas, że wrócimy znów do swej ziemi i będziemy gospodarzyć. Siedziałam nieruchomo, nie chciałam nic brać, tylko syn pakował wszystko i uspokajał mnie. Nie wolno nam było wyjść na dwór i z nikim rozmawiać. Pozwolili nam wziąć trochę prowiantu, pościel i coś niecoś z ubrania, a reszta się została. Tak mnie zawieźli do magistratu, gdzie czekaliśmy na inne rodziny osadnicze.

O godzinie 7.00 rano wyjechaliśmy na stację kolejową. Tam było nas tak dużo, że po prostu nie było przejścia. Słyszałam naokoło krzyk, płacz, rozpacz matek. Dwa dni siedzieliśmy w wagonach zamkniętych po kilka rodzin. Na trzeci dzień w nocy wyruszyliśmy z płaczem i modlitwą na ustach w te okrutne strony. Po dwóch tygodniach naszej tułaczki zziębnięci, zmęczeni przyjechaliśmy do Krystoforowa.

Był to posiołek mały, składający się z kilku rodzin sowieckich, otoczony naokoło lasem. Rozpacz ogarnęła nas, gdyśmy zobaczyli lasy naokoło na kilkadziesiąt kilometrów. Kazali nam wyładować się i pójść do baraku.

Był to budynek długi, brudny, niewygodny. Mieszkałam z synem i jeszcze jedną rodziną składającą się z pięciu osób w jednym pokoiku. Było nam tak ciasno, że często sprzeczaliśmy się pomiędzy sobą. Gdy przyjechałam, zaraz na trzeci dzień musiałam iść na robotę i mój syn [też], ponieważ nie miałam pieniędzy, a nie miał kto na mnie zapracować. Zmuszona byłam pójść, aby dostać kawałek chleba. Dawali nam kilogram na robotnika, a na dzieci 300 gramów. Syn mój, mając 12 lat, był furmanem i woził drzewo z lasu po kolana w śniegu. Zmęczone to dziecko po całodziennej pracy wprost upadało ze zmęczenia. Na tyle był sprytny, że w każdym wypadku dawał sobie radę i nie pozwolił się kiwać. Najgorsze było to, że cały dzień człowiek musiał pracować, a w nocy pluskwy i inne robactwo dokuczało w niemożliwy sposób, nie można było wcale spać. Tępiliśmy to robactwo bardzo często i staraliśmy się utrzymać porządek, czystość, jednak tę plagę trudno było zwalczyć.

Pracowałam kilka miesięcy, dawali nam zaliczki po 5, a najwięcej po 10 rubli. Byłam zmuszona sprzedawać swoje ostatnie rzeczy, aby ratować siebie i dziecko. Życie w baraku było bardzo ciężkie dla nas. Jakaś zazdrość, nienawiść zapanowała pomiędzy nami. Kto miał więcej zapasów, pieniędzy, które przywiózł z sobą, żył dobrze i nie walczył o ten kawałek chleba. Mimo to modliliśmy się wspólnie, naturalnie ukradkiem, bo gromadnie modlić się nie było nam wolno. Pamiętam, jak w maju urządziliśmy ołtarz Matki Boskiej w korytarzu i codziennie wieczorem wspólnie odprawialiśmy majowe nabożeństwo. Władze dowiedziały się o tym i jednego dnia wpadł do nas komendant z takim krzykiem, że wszyscy pochowaliśmy się ze strachu. Kazał momentalnie zdjąć ten obraz, żeby więcej tego nie widział. Nie zwracaliśmy na to uwagi i modliliśmy się, bo modlitwa była całą naszą pociechą. Zbieraliśmy się często w jednym mieszkaniu i tam po cichu rozmawialiśmy o polityce. Mężczyźni pocieszali nas jak mogli, twierdząc, że niedługo tej pracy i tułaczki będzie, bo wszystko się zmieni.

Karmili nas marnie. Po porcję kaszy owsianej polanej olejem ludzie stali po trzy godziny w kolejce i bili się. Mięsa nie widzieliśmy miesiącami. A gdy czasem były w stołówce kotlety mięsne, to były tak drogie, że nie mogliśmy sobie na nie pozwolić.

Nasze dzieci bardzo często urządzały przedstawienia, gdzie było nam bardzo miło słuchać pięknych naszych wierszy. Dumni byliśmy z tego, że dzieci nie zapominały mowy polskiej, a jedyną rozrywką była jakaś książka polska, którą trzymało się jak relikwię.

Stosunek władz sowieckich do nas był bardzo ostry. Na sam widok komendanta czy policjanta cierpła na nas skóra. Bardzo często przychodzili do nas do baraku i sprawdzali, czy wszyscy poszli do pracy i czym się zajmujemy. Gdy kto nie wyszedł do roboty, mścili się w różny sposób. Po kartofle chodziliśmy kilkanaście kilometrów ukradkiem i nocą, żeby się komendant nie dowiedział, bo zaraz karał chłodnym aresztem. Stale mówili nam, żeby zapomnieć o Polsce, że Polski już nigdy nie będzie, że trzeba nam się budować, możemy ziemię karczować i sadzić sobie kartofle czy inne rzeczy.

Szpitale były od nas daleko. Niejeden z naszych braci umarł w drodze, gdyż pomoc była za późno. Była u nas jedna felczerka, która nie bardzo się znała na leczeniu. Najwyżej dała aspirynę, gdy komu coś dolegało i zwolnienie na jeden dzień. Z naszych rodzin osadniczych umarło kilka osób. Stanisław i Roman Święciński, ci staruszkowie umarli wprost z głodu. Syn osadnika 14-letni chłopak, który się poderwał. Zygmunt Sudkowski, żona osadnika, która dostała zakażenia krwi, Maria Wiatrowa.

Z kraju dostawałam listy [tylko] od znajomych, gdyż rodzinę też wywieźli do Kazachstanu. Najwięcej mi było żal matki, 76-letniej staruszki, która pisała do mnie rozpaczliwe listy z prośbą o pomoc.

15 sierpnia [1941] ogłosili nam amnestię i w parę dni po ogłoszeniu wyjechaliśmy z tych strasznych lasów na zachód. Podróżowaliśmy dwa i pół miesiąca w strasznych warunkach. Robactwo dokuczało nam w niemożliwy sposób. W drodze zachorowałam na tyfus, zabrali mnie do szpitala, gdzie chorowałam bardzo poważnie cztery tygodnie. Syn mój również zachorował na tyfus, później miał komplikacje, to znaczy operację ucha, malarię. Dzieciak leżał trzy miesiące beznadziejnie [chory]. Gdzie jaki grosz miałam, oddawałam na produkty, aby go podtrzymać na zdrowiu. Dowiedziałam się, że młodych chłopaków zabierają do wojska, to znaczy do junaków. Wypisałam go ze szpitala, prowadząc jak 70-letniego starca, w drodze mdlał mi z wycieńczenia. Najęłam furmankę i zawiozłam do Gorczakowa. Tam było dużo cywilnej ludności, która zamieszkiwała w namiotach i czekała z niecierpliwością jakiegoś końca. Przyjechała komisja pewnego dnia i mój synek pojechał już jako junak do Margielony [Margilonu]. Spadł mi ciężar z serca, bo wiedziałam, że tam mu będzie dobrze, tam ma opiekę i wykierują go na człowieka. W marcu 1942 roku wyjechało wojsko, Pomocnicza Służba Kobiet i junacy z Margielony [Margilonu] do Guzor. Rozpaczałam bardzo za wojskiem. Było cicho, nie miał nam kto dać porcji zupy czy kawałka chleba. Sił do pracy nie miałam, żyłam z dnia na dzień nadzieją, że wstąpię do Pomocniczej Służby Kobiet, a wtedy uśmiechnie się życie do mnie. Po ciężkich trudach dostałam się do Guzor i wstąpiłam do PSK. Wtedy zaczęłam się czuć dobrze. Nie byłam głodna, a przy tym byłam dumna, że noszę tu mundur polski.