Dnia 9 maja 1968 r. w Bobrowcu wiceprokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Gdańsku Marian Multan przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka. Po uprzedzeniu o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania świadek zeznał, co następuje:
| Imię i nazwisko | Jan Lis |
| Wiek | 70 lat |
| Imiona rodziców | Piotr i Katarzyna z d. Rataj |
| Miejsce zamieszkania | Bobrowiec, gr. Smętowo, pow. Starogard Gdański |
| Zajęcie | robotnik |
| Karalność | niekarany |
| Stosunek do stron | obcy |
W okresie okupacji hitlerowskiej do stycznia 1940 r. zamieszkiwałem w Kopytkowie. Jak sobie przypominam, było to w październiku 1939 r., orałem w tym czasie pole. Kusch – leśniczy z Kopytkowa i Szwarz [Schwartz] z Bobrowca przyprowadzili do mnie na pole od strony zabudowań majątku w Kopytkowie ojca i syna – Wiśniewskich ze Smętowa i trzeciego mężczyznę, którego nie znałem. Ludzie potem mówili, że był to Felski. Niemcy kazali mi wyprząść konie od pługa, a następnie od mego sąsiada Bulla zabrali bryczkę, do której kazali mi zaprząc konie i jechać szybko z nimi do Skórcza, w którym mieli być o godz. 13.00. W Skórczu zatrzymaliśmy się przed jakimś domem, przed którym stały już furmanki z ludźmi i podjeżdżały dalsze. Na wszystkich siedzieli Polacy. Było ich na wszystkich wozach 13. Stenzel – młody – wyszedł do nas i Niemcy, którzy byli koło wozów, zgłosili mu, że mają 13 ludzi. Że był to Stenzel, dowiedziałem się potem od furmanów. Kazał nam jechać w kierunku lasu za Skórczem. Przed lasem dogonił nas samochód, w którym siedział Stenzel, a obok niego leżał karabin maszynowy. W lesie Niemcy pognali Polaków w głąb lasu, a nam kazali poczekać na drodze. Nam, to znaczy furmanom z siedmiu albo ośmiu wozów. Za nimi poszedł Stenzel z karabinem maszynowym. Po chwili usłyszeliśmy seryjne strzały i krzyk ludzki. Potem słychać było pojedyncze strzały.
Kusch i Schwartz pojechali moim wozem pod ten sam dom i musiałem na nich czekać, a oni pili tam wódkę, gdyż jak wracaliśmy do Kopytkowa byli podpici. Po drodze do Kopytkowa zagrozili mi, że jak coś powiem o tym, co widziałem i słyszałem w lesie pod Skórczem, to to samo zrobią ze mną.
Następnego dnia przyszła do mnie Wiśniewska, żona zamordowanego i pytała mnie, gdzie zawoziłem [jej] męża i syna. Odpowiedziałem, że do Skórcza na roboty. Tak Kusch i Schwartz kazali mi mówić, gdyby mnie o to pytano.
Po kilkunastu dniach zawiozłem ziemniaki do Wroniaka w Kopytkowie. Przyszedł tam von Plehn i Stoyke i kazali mi iść z nimi. Poprowadzili mnie w kierunku Smętowa. Jeden z nich kazał mi zdjąć czapkę z głowy i iść naprzód. Obejrzałem się i zauważyłem, że von Plehn wyjął z kieszeni pistolet i usiłował do mnie strzelić. Był to niewypał. Widziałem, że wyjął nabój z pistoletu i go oglądali. Po chwili spróbował strzelić jeszcze raz, ale znowu pistolet nie wypalił. Rozmawiali krótko między sobą i kazali mi iść w kierunku majątku. Mogła być wtedy godz. 19.00 czy 20.00. Zamknęli mnie w piwnicy w majątku, w której było wody do kostek. W nocy przyszedł do piwnicy Kusch, zapalił światło, popatrzył na mnie i wyszedł, gasząc światło i zamykając drzwi na klucz. Następnego dnia przyszła pod drzwi sprzątaczka z majątku Hildebrandt i przez okienko w drzwiach powiedziała mi, że jest ze mną źle. Prosiłem ją, by powiadomiła moją żonę, że siedzę zamknięty w piwnicy. Żona moja Janina, jak znam to z jej opowiadania, poszła do Stoyke prosić o moje zwolnienie. Wygnał ją. Poszła wtedy do Plehna i ten powiedział, że mnie puści. Około południa tegoż dnia Plehn przyszedł do piwnicy, otworzył drzwi i kazał mi uciekać. Powiedział przy tym, że jak mnie jeszcze raz zobaczy, to będę zastrzelony.
Na tym protokół zakończono i przed podpisaniem odczytano.