Dnia 24 listopada 1967 r. w Wielbrandowie wiceprokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Gdańsku Marian Multan przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka. Po uprzedzeniu o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania świadek zeznał, co następuje:
| Imię i nazwisko | Józef Łytkowski |
| Wiek | 47 lat |
| Imiona rodziców | Józef i Franciszka z d. Megier |
| Miejsce zamieszkania | Wielbrandowo, gr. Pączewo |
| Zajęcie | robotnik |
| Karalność | niekarany |
| Stosunek do stron | obcy |
Od 1937 r. zamieszkiwałem razem z rodzicami w Wielbrandowie i pracowałem jako robotnik w majątku ziemskim Fankidejskiego. Ojciec mój również u niego pracował.
We wrześniu 1939 r., w kilka dni po wkroczeniu Niemców na nasze tereny, majątek Fankidejskiego przejął Udo Stenzel, który przyjechał z Gdańska. Ojciec jego w okresie międzywojennym miał restaurację na dworcu w Skórczu. Ojciec i ja pracowaliśmy nadal w tym majątku. Obydwaj pracowaliśmy przy koniach, z tym, że ojciec jeździł jako woźnica bryczkami, a ja wozem. Stenzel często wyjeżdżał poza teren Wielbrandowa. Zawsze jeździł z nim ojciec. Wyjazdy te miały miejsce i w dzień, i w nocy, a czasami ojca nie było w domu przez całą dobę. Pamiętam, że wtedy matka niepokoiła się o niego.
Ojciec w zasadzie nie chciał z nami rozmawiać, dokąd jeździ ze Stenzlem. Obawiał się konsekwencji, gdyby się Stenzel dowiedział, że opowiada, dokąd z nim jeździ. Być może, iż Stenzel zakazał ojcu mówić na te tematy. Przypominam sobie jedynie, że po takim wyjeździe nie mógł jeść po tym, co widział w czasie wyjazdu. Tak ojciec przy tym mówił.
Jednego razu opowiadał, że Stenzel i inni SS-mani zawieźli do lasu Zajączek pod Skórczem większą liczbę Polaków i tam zamordowali. W czasie jazdy na miejscu obok ojca miał siedzieć młody chłopak pochodzący z Miryc bądź ze Skórcza-Ryzewa [Ryzowia]. Był bardzo pobity. Został on zamordowany razem z innymi.
Z zachowania się ojca i z tego, co nam powiedział, wiedziałem, że prawie codziennie dowoził Stenzla i innych SS-manów do lasu na egzekucje. Obiecywał, że wszystko opowie dopiero po wojnie.
Przypominam sobie, że jednego dnia woził Stenzla do Wolentala, do ośrodka pracy więźniów. Po powrocie mówił, że zabili tam kilkunastu więźniów. Ojciec zmarł w 1942 r.
Opowiadała mi Łucja Grzona, pochodząca z Wolentala, która pracowała w tym czasie jako gospodyni u Stenzla, że nie chciała mu czyścić ubrania i butów, gdyż była na nich krew. Śmierdziały trupami.
Ja wyjeżdżałem ze Stenzlem trzykrotnie. Raz odwoziłem jego, jego narzeczoną Litewską i aptekarza ze Skórcza Müllera, do Dorau [?] w Szladze. Pracownik Dorau [?] mówił mi wtedy, iż dwa dni wcześniej hitlerowcy zamordowali w lesie pod Szlagą dwóch mieszkańców Kasparusa. Obydwaj, Stenzel i Müller, byli wtedy ubrani w mundury SS i mieli przy pasach pistolety. Wieczorem odwiozłem ich z powrotem do Skórcza i do Wielbrandowa.
Po raz drugi jechałem ze Stenzlem i Kunkelem, który prowadził hurtownię mąki w Skórczu, do Kopytkowa do majątku von Plehna. Stenzel zawsze jeździł odkrytą bryczką, a tym razem kazał zaprząc do krytego powozu. Obydwaj byli w czarnych mundurach SS i mieli z sobą karabiny. Było to późnym wieczorem w październiku 1939 r. W majątku już było więcej SS-manów i widziałem, jak wychodzili z pałacu do stojących samochodów osobowego i ciężarowego. Mogła być wtedy godz. 23.00. Między SS- manami, którzy wsiadali do samochodów, rozpoznałem von Plehna, który także był w czarnym mundurze.
Miejsce, gdzie stały samochody, było oświetlone, a Plehna dobrze znałem.
Samochodami tymi pojechali szosą w stronę Smętowa. Po ok. dwóch godzinach samochody z SS-manami wróciły. Cały czas, jak wyjechali, stałem z końmi przed pałacem. Stenzel i Kunkel po przyjeździe nie wchodzili już do pałacu, tylko od razu siedli do powozu. W Skórczu Kunkel wysiadł, zabierając z sobą także karabin Stenzla. O godz. 2.00 byliśmy już w Wielbrandowie.
Trzeci raz jechałem ze Stenzlem do Pelplina. Wtedy także był w mundurze SS. Po drodze opowiadał mi o biskupie z Pelplina, że miał 14 dzieci z gospodyniami. Stenzl pozostał w Pelplinie, a ja wróciłem sam do Wielbrandowa. Wrócił w tym samym dniu wieczorem, prawdopodobnie pociągiem.
Przypominam sobie obecnie, że ojciec mówił mi także, iż jeździł ze Stenzlem do lasu, w czasie jak mordowali kilka osób uwięzionych w tzw. wytwórni Litewskiego. Między zamordowanymi miał być starszy wiekiem ksiądz z Borzechowa. Miało to być w lesie Zajączek.
Wiadomo mi z opowiadań ojca, własnych obserwacji i opowiadań ludzi, że na egzekucję razem ze Stenzlem jeździli SS-mani: Artur Schröder ze Skórcza-Wybudowanie, Splet młodszy z Wolentala, Kunkel ze Skórcza i Müller oraz Neumann także ze Skórcza, Schtige pochodzący z Wolentala, a prowadzący w tym czasie gospodarstwo rolne w Czarnym Lesie po Polaku Rolbieckim Wiktorze i Zimann ze Skórcza. Poza wymienionymi jeździli jeszcze ze Stenzlem niskiego wzrostu SS-man z Wolentala z majątku więziennego i SS-man mieszkający w Skórczu na gospodarstwie Reduńskiego.
Pamiętam jeszcze, że przy wykopkach buraków cukrowych na polach Stenzla w 1939 r. pracowali nauczyciele uwięzieni w wytwórni Litewskiego. Z nimi razem przychodził do pracy także ksiądz. Eskortowali ich zawsze żołnierze Wehrmachtu. Pracowali oni przez trzy dni. Mogło to być w październiku.
Na tym protokół zakończono i przed podpisaniem odczytano.