KAZIMIERZ ROLBIECKI

Dnia 6 grudnia 1968 r. w Gdańsku wiceprokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Gdańsku Marian Multan przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka. Po uprzedzeniu o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania świadek zeznał, co następuje:


Imię i nazwisko Kazimierz Rolbiecki
Wiek 51 lat
Imiona rodziców Władysław i Pelagia z d. Jóźwiak
Miejsce zamieszkania Warszawa, [...]
Zajęcie pracownik umysłowy
Karalność niekarany
Stosunek do stron obcy

W okresie międzywojennym od 1937 r. pracowałem jako praktykant techniczno-leśny w nadleśnictwie Drewniaczki, leśnictwo Czarne k. Skórcza. Zamieszkiwałem do wybuchu wojny w 1939 r. w Czarnem. Kilkakrotnie w tym okresie brałem udział w polowaniach urządzanych przez miejscowych Niemców. Na jednym z takich polowań poznałem Artura Schrödera ze Skórcza-Wybudowanie (juniora).

Około 15 października 1939 r., zostałem zatrzymany w Czarnem przez patrol Wehrmachtu i doprowadzony do jednostki tej formacji, która stacjonowała w budynkach nadleśnictwa Drewniaczki. Stamtąd razem z sekretarzem nadleśnictwa Tyńcem, który został – jak się zorientowałem – zatrzymany wcześniej przez żołnierzy, zostałem doprowadzony do zorganizowanego przez hitlerowców obozu w Skórczu.

Przed aresztowaniem ukrywałem się przez okres ok miesiąca w bunkrze na terenie lasu leśnictwa Cisowa Góra. Pod koniec września 1939 r. byłem po żywność u gospodarza, u którego w okresie międzywojennym się stołowałem w Skórczu-Mieliczki. Żona tego gospodarza powiedziała mi, że żołnierze Wehrmachtu stacjonujący w tym czasie w Skórczu zamordowali w lesie koło Mieliczka [Mieliczek] dwóch polskich jeńców. Poszedłem do tego lasu i faktycznie na łące przy lesie, obok torów kolejowych, odnalazłem tych dwóch jeńców. Jeden z nich już nie żył, a drugi był ciężko ranny w bok ciała, rękę i głowę. Był on przytomny i opowiedział mi, że pochodzi z Kowla. Żołnierze Wehrmachtu ze Skórcza prowadzili ich torami kolejowymi od Skórcza. Po dojściu do łąki, gdzie ich znalazłem, kazali im zejść z torów na łąkę i z tyłu strzelali do nich z broni maszynowej. Kolega jego był od razu zabity, a on został ranny i jeden z żołnierzy dobił go strzałem pistoletu w głowę. Po odejściu hitlerowców odzyskał jednak przytomność.

Wróciłem do Zielińskich, bo tak się nazywali gospodarze, u których się stołowałem, i powiedziałem im, że jeden z tych polskich jeńców żyje i jest ciężko ranny. Zastanawiałem się z nimi, w jaki sposób dostarczyć go do szpitala. Jak się potem dowiedziałem od jednego z robotników leśnych, został on faktycznie odwieziony do szpitala w Starogardzie i podobno uratowany.

Również przed moim aresztowaniem opowiadał mi leśniczy Bronisław Gapa z Zajączka, że we wrześniu 1939 r. był świadkiem zamordowania przez dwóch SA-manów ze Skórcza kolejarza inwalidy ze Skórcza na drodze rowerowej obok drogi prowadzącej ze Skórcza do Zajączka. Wymieniał on nawet nazwiska tych SA-manów, ale obecnie ich sobie nie przypominam.

Wracając do momentu osadzenia mnie i Tyńca w obozie w Skórczu, który mieścił się w pomieszczeniach byłego tartaku i młyna Litewskiego przy stacji kolejowej, przypominam sobie, że w tym czasie w tym obozie było już ok. 60 nauczycieli polskich z całego powiatu. Przypominam sobie nazwiska kilku z nich: Gołyński – nauczyciel z Głuchego, Wojciechowski – nauczyciel ze Skórcza, Władysław Wysocki – nauczyciel z pow. tczewskiego, aresztowany w mieszkaniu teścia Masiaka w Osieku. Z tą grupą nauczycieli przebywałem razem w obozie przez kilka dni. W międzyczasie tak nauczycieli, jak i pozostałych więźniów junacy z Arbeitsdienstu, którzy pilnowali obozu, prowadzali do pracy w mieście. Jak sobie przypominam, jednego dnia pracowałem razem z ks. Karpińskim – proboszczem ze Skórcza i jego gospodynią przy rozbieraniu figury Serca Jezusowego opodal kościoła w Skórczu. Nadmieniam przy tym, że ksiądz ten nie przebywał w obozie, a został do pracy doprowadzony – jak sobie przypominam – przez Lemana [?] z aresztu w Skórczu. Nauczyciele byli zatrudniani przy pracach w mieście w osobnych grupach. W piwnicy w tym obozie na barłogu ze słomy, bez żadnego nakrycia ani też przykrycia spałem między dwoma nauczycielami: Gołyńskim i Wojciechowskim. Po kilku dniach przed wieczorem wartownik z Arbeitsdienstu krzyknął, żebyśmy wszyscy wyszli przed budynek. Nadmieniam przy tym, że tego dnia nie wyprowadzono już od obiadu nikogo z więźniów do pracy.

Po wyjściu przed budynek zauważyłem stojącą na podwórzu grupę ok. 15 miejscowych Niemców, z których rozpoznałem żandarma nazywanego Simon [?], SS-mana o nazwisku Stenzel i Artura Schrödera. W mundurach byli tylko Simon [?] i Stenzel, a pozostali w cywilnych ubraniach z zielonymi opaskami na rękawach. Wszyscy oni byli uzbrojeni, z tym, że część Niemców w ubraniach cywilnych miała broń myśliwską. Hitlerowcy kazali nam wszystkim zdjąć czapki i Simon [?] oraz Stenzel przechodzili przed nami kilkakrotnie. Oddzielono następnie z tej grupy więźniów ubranych w wojskowe mundury polskie i kazali tym osobom odejść do budynku. Ja i Tinc [Tyniec] znaleźliśmy się w tej grupie wojskowych.

Chciałbym przy tym zaznaczyć, że byliśmy obydwaj ubrani – ja w zielony mundur leśnika, a Tinc [Tyniec] w zieloną kurtkę leśnika i czapkę. Podczas całego pobytu w obozie odniosłem wrażenie, że mnie i Tinca [Tyńca] hitlerowcy brali za wojskowych polskich. Na podwórzu pozostali sami nauczyciele. Nie zauważyłem między nimi księdza ani też kobiet. Dalej obserwowałem podwórze już przez okno z parteru budynku. Widziałem, że nauczycieli wprowadzali kolejno do wartowni, skąd wychodzili z powrotem na podwórze już bez płaszczy, niektórzy bez marynarek. Z kolei na podwórze wjechał samochód ciężarowy, na który, jak widziałem, weszło ok. 20 nauczycieli i kilku hitlerowców i odjechał on drogą w kierunku Drewniaczek. Po ok. 20 min, a może nawet wcześniej, samochód ten wrócił do obozu i hitlerowcy zabrali nim następną grupę ok. 20 nauczycieli.

Nadmieniam przy tym, że w kilka minut po odjeździe tych dwóch samochodów z nauczycielami słyszałem strzały dobiegające z kierunku lasu, do którego samochody odjeżdżały. Resztę nauczycieli, to jest trzecią grupę w odróżnieniu od dwóch pierwszych, hitlerowcy wywieźli już w płaszczach i pełnych ubraniach. Po odjeździe tej grupy strzałów już nie słyszałem.

Pamiętam dokładnie, że widziałem na samochodzie w pierwszej grupie nauczycieli Wojciechowskiego i Gołyńskiego. Ten ostatni stał z tyłu samochodu.

Nie mogę odpowiedzieć na pytanie, czy wymienieni z nazwiska trzej hitlerowcy jeździli z poszczególnymi grupami nauczycieli, czy też pozostali w obozie. Widziałem Niemców z bronią na samochodzie, ale nie mogę stwierdzić, czy byli tam też i wymienieni.

Następnego dnia razem z żołnierzami polskimi w grupie ok. dziesięciu osób junacy z Arbeitsdienstu poprowadzili nas do majątku ziemskiego w okolicy Leśnej Jani, w którym pilnowani przez nich przez ok. tydzień kopaliśmy na polu buraki. Po upływie tego czasu do majątku przyjechali wyżsi rangą członkowie Arbeitsdienstu i zwolnili wszystkich do domu, z tym, że po powrocie mieliśmy się natychmiast zameldować w żandarmerii.

Kiedy następnego dnia razem z Tincem [Tyńcem] zgłosiliśmy się do żandarmerii w Skórczu, jeden z żandarmów kazał nas odprowadzić z powrotem do obozu w tartaku Litewskiego. Było tam już ok. ośmiu osób, z których pamiętam młodego chłopca z Gdyni złapanego przez hitlerowców w Skórczu na ulicy, fryzjera z zawodu o imieniu Bronisław pochodzącego ze Lwowa i nauczyciela Kurowskiego pochodzącego z Czarnego Lasu. Następnie hitlerowcy przywieźli do obozu ks. Hoffmana z Pińczyna i trzyosobową grupę ze Zblewa, a później grupę pięciu lub sześciu młodych ludzi z Czarnego Lasu. Był, jak pamiętam, między nimi organista i, jak opowiadali, zostali schwytani przez Niemca przy słuchaniu radia.

Przez ok. tydzień junacy z Arbeitsdienstu wyprowadzali nas do pracy w mieście. Pamiętam, że jednego dnia byłem zatrudniony w kuchni w obozie, w której gotowano dla nas kawę. Przyszedł tam wtedy jeden z junaków i na pytanie fryzjera Bronisława, co z nami się stanie, odpowiedział, że „chyba wiecie”. W toku dalszej rozmowy na temat mordowania Polaków powiedział on, że „mordują sami i nas do tego zmuszają”.

Pod koniec października po obiad do kuchni wojskowej, która mieściła się w szkole w Skórczu, wysłano ks. Hoffmana i Żyda ze Zblewa – był to jak pamiętam właściciel tartaku w Zblewicy – i po przyniesieniu przez nich zupy w termosach wojskowych ks. Hoffman miał poparzoną szyję i plecy. Na pytanie, co się stało, odpowiedział, że żołnierz, który nalewał mu zupę – jak pamiętam, grochówkę – świadomie oblał go tą zupą. Tego dnia nikt z nas nie chciał jeść obiadu. Panowała u nas atmosfera przygnębienia i jakby przeczucia, że coś się w tym dniu stanie. Istotnie po godzinie jeden z wartowników otworzył drzwi i krzyknął: „Wszyscy wyjść”. Po wyjściu na podwórze zauważyłem tę samą grupę hitlerowców, która zabierała nauczycieli. Byli wśród nich Stenzel, Schröder i Simon [?]. Simon [?] przeszedł przed naszym szeregiem i kazał wyjść do przodu młodemu chłopcu, który – jak sobie obecnie przypominam – miał się nazywać Simon [?], tak jak i żandarm, i mnie. Kazał nam wrócić do budynku. Obserwowaliśmy przez okno, co się dalej działo na podwórzu. Podobnie jak nauczycieli wprowadzali więźniów do wartowni i wychodzili z niej rozebrani. Następnie dano każdemu z nich łopatę i wszystkich poprowadzili w kierunku lasu Zajączek. Jak widziałem, na przedzie tej grupy szli Stenzel i Simon [?], a po bokach Niemcy w ubraniach cywilnych.

Po ok. godzinie słychać było odgłosy strzałów dobiegające z kierunku lasu Zajączek. Po jakimś czasie do obozu przyszedł Simon [?] z Lemanem [?] i odprowadzili nas do aresztu w Skórczu, z którego po dwóch dniach zwolniono Simona [?], a mnie przenieśli z powrotem do obozu. Była tam ok. pięcioosobowa grupa więźniów, którzy już w tym czasie spali. Nazwisk ich nie znałem. Tej samej nocy, bo przyprowadzili mnie do obozu wieczorem, uciekłem z obozu.

Chciałbym dodać, że w czasie, gdy wywożono z obozu dwie pierwsze grupy nauczycieli, na samochody również załadowano łopaty, które uprzednio stały oparte o mur.

Na tym protokół zakończono i przed podpisaniem odczytano.