Dnia 1 października 1968 r. w Lalkowach wiceprokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Gdańsku Marian Multan przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka. Po uprzedzeniu o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania świadek zeznał, co następuje:
| Imię i nazwisko | Tytus Śliwa |
| Wiek | 80 lat |
| Imiona rodziców | Teodor i Marianna z d. Dłużewska |
| Miejsce zamieszkania | Lalkowy, gr. Leśna Jania, pow. Starogard Gdański |
| Zajęcie | rencista |
| Karalność | niekarany |
| Stosunek do stron | obcy |
W okresie międzywojennym zamieszkiwałem w Lalkowach. Od 1935 r. do wybuchu wojny pełniłem obowiązki wójta gminy Leśna Jania.
Około dwóch lat przed wojną doszło między mną jako wójtem a właścicielem majątku ziemskiego w Leśnej Jani – Konkelem – do nieporozumień. Powodem tego było to, że Konkel nie chciał łożyć na utrzymanie byłych swoich pracowników, których zwolnił z pracy z uwagi na starość. Pieczę nad nimi przejęła gmina i żądaliśmy, by Konkel płacił dla nich do gminy pieniądze i deputaty. Inni obszarnicy niemieccy z terenu gminy wywiązywali się ze swych zobowiązań wobec byłych pracowników, jedynie Konkel nie chciał łożyć na ich utrzymanie. Dopiero zagrożenie, że ściągniemy należności przez egzekucję, spowodowało wpłatę przez niego należności.
Od tej pory Konkel mnie znienawidził. Krótko przed wojną wyjechał on z Leśnej Jani i wrócił razem z wojskiem niemieckim. Ja na początku września 1939 r. wróciłem z ucieczki. Po [moim] przyjściu do domu żona oświadczyła mi, że był już po mnie Konkel. Poszedłem tego samego dnia do właściciela majątku w Kopytkowie, von Plehna, by go prosić o ochronę przed Konkelem. Zaznaczam przy tym, że w okresie międzywojennym Plehna [Plehn] zalegał z podatkami i starosta polecał mi, bym majątek Plehna dał na licytację. Ponieważ jednak systematycznie płacił odsetki, zwlekałem z egzekucją i odmawiałem przeprowadzenia licytacji. Sądząc, że Plehna [Plehn] w związku z tym może mnie obronić przed Konkelem, pojechałem do niego.
Plehna [Plehn], mimo że często w okresie międzywojennym grał u mnie w domu w skata, nie poznał mnie, kiedy się do niego zwróciłem. Wezwał oficera Wehrmachtu, który był u niego w majątku, kazał mnie aresztować i odwieźć do Konkela. Oficer ten samochodem odwiózł mnie do majątku Konkela w Leśnej Jani. Konkela nie było w tym czasie w domu. Po godzinie oficer ten zawiózł mnie do Starej Jani do właściciela majątku Merkera. Tego też nie było w domu. Stamtąd pojechaliśmy z powrotem do Plehna do Kopytkowa. On kazał mu jeszcze raz jechać do Leśnej Jani. Znowu tam pojechaliśmy, ale Konkela w dalszym ciągu nie było w domu. Odwiózł mnie wtedy do Skórcza do budynku urzędu gminnego.
Na noc zamknęli mnie do aresztu, następnego dnia sprowadzili z powrotem do urzędu. Byli tam SS-mani w czarnych mundurach. Jeden z nich kilka razy mnie uderzył. Po pewnym czasie przyszedł tam Milbrandt z Bobrowca, wyprowadził mnie pod ścianę i chciał zastrzelić. Jeden z SS-manów nie pozwolił na to, mówiąc do Milbrandta: „Daj mu spokój, on i tak zostanie zastrzelony”.
Następnie mnie i innych zatrzymanych w Skórczu w areszcie samochodem przewieźli hitlerowcy do więzienia w Starogardzie. Na wstępie zostałem przez SS-manów bardzo pobity i osadzony w celi. Przed osadzeniem w celi SS-mani mnie rozpytywali na temat mego zatargu z Konkelem i przy tym bili. Zauważyłem, że na biurku leżało pismo. Jeden z SS-manów kazał mi je przeczytać. Było to pismo, które załączam do protokołu, celem zrobienia fotokopii. Wynikało z niego, że byłem najgorszym nieprzyjacielem Niemiec i zmuszałem Konkela do wpłacenia pięciu tysięcy złotych na karabin maszynowy dla armii polskiej. Podpisane było to pismo przez żandarma ze Skórcza o nazwisku Fink. Korzystając z nieuwagi SS-manów, w czasie, gdy mnie bili i się zataczałem, zrzuciłem pismo na podłogę, a następnie włożyłem je do czapki, która leżała na podłodze. Kiedy wyprowadzali mnie do celi, musiałem przedtem zdać do depozytu swoje osobiste rzeczy. Oddałem wtedy i czapkę z tym pismem. Po trzech dniach usłyszałem krzyk jednego z SS-manów: „Śliwa, odciąg klapę w celi”. Przyszło ich dwóch do mojej celi i sprowadzili mnie na parter. Stała tam kolejka Polaków do jednego z pomieszczeń. Ustawiłem się twarzą do ściany jak inni i po jakimś czasie wszedłem do pokoju, w którym siedzieli dwaj Niemcy w cywilnych ubraniach. Pytali mnie o zawód. Odpowiedziałem, że jestem rolnikiem. Dalej pytali, czy służyłem w wojsku, czy żyją rodzice itp. Jeden z nich powiedział do drugiego, że nie ma nic przeciwko memu zwolnieniu. Zauważyłem, że mieli oni skoroszyt, w którym były nazwiska. Kazali mi iść po odbiór depozytu i powiedzieli, że jestem zwolniony. Jak zauważyłem, pozostałe osoby, które były rozpytywane przez nich, wychodziły na dziedziniec więzienny i wchodziły do samochodu. Zrozumiałem wtedy, że ocalałem dzięki zabraniu pisma z zarzutami przeciwko mnie, i że przesłuchujący nie mają o mnie żadnych danych poza nazwiskiem. Po zwolnieniu z więzienia, obawiając się w dalszym ciągu Konkela, ukrywałem się w Starogardzie, a następnie w tzw. Generalnym Gubernatorstwie.
Na tym protokół zakończono i przed podpisaniem odczytano.