Dnia 22 marca 1969 r. Wacław Ciechociński, wiceprokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Gdańsku, delegowany do Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Gdańsku, działając na zasadzie art. 4 Dekretu z 10 listopada 1945 r. (Dz.U. nr 57, poz. 293) i art. 219 kpk, przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka, bez odebrania przyrzeczenia. Świadka uprzedzono o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania, po czym zeznał, co następuje:
| Imię i nazwisko | Franciszek Bittner |
| Data i miejsce urodzenia | 16 listopada 1919 r., Starogard Gdański |
| Imiona rodziców | Franciszek i Weronika |
| Miejsce zamieszkania | Gdańsk Dolny, [...] |
| Zajęcie | stolarz |
| Karalność za fałszywe zeznania | niekarany |
| Stosunek do stron | obcy |
Do października 1939 r. zamieszkiwałem w Starogardzie Gdańskim. Mieszkałem w barakach przy [...]. 13 września 1939 r., nocą, po godz. 22.00, do naszego mieszkania wtargnęło, z bronią w ręku, dwóch nieznanych mi hitlerowców w mundurach SS oraz miejscowy Niemiec o nazwisku Aleks, imienia nie znam, syn tapicera Aleksa. Ubrany był on w jasny, ćwiczebny mundur wojskowy, miał pas i hełm. Był bez broni. Zaczęli czegoś szukać w szafie. Podczas I wojny światowej ojciec był w armii Hallera i później należał do związku byłych żołnierzy tej armii oraz posiadał mundur. Hitlerowcy wyjęli ten mundur z szafy i podeptali butami, po czym kazali ojcu i mnie wyjść z mieszkania na teren przed barakami.
Po wyjściu z baraku spostrzegłem, że na placu znajduje się już ponad stu mężczyzn. Ustawili nas w jednym szeregu. Świecili latarkami kieszonkowymi. Na placu było więcej SS-manów.
Następnie jeden z nich, starszy rangą, przechodził przed szeregiem stojących mężczyzn i pytał każdego o imię i nazwisko. Z tyłu szeregu stojących mężczyzn, naprzeciwko SS-mana pytającego o nazwiska, szło kilku miejscowych Niemców ubranych w jasne mundury wojskowe. Wśród nich rozpoznałem Aleksa, który był u nas w mieszkaniu, Münchau (imienia nie znam, jego ojciec miał w Starogardzie tartak) Wiherta [Wiecherta] (imienia nie znam, jego ojciec miał zakład młynarski) oraz syna fryzjera z ul. Chojnickiej i syna rzeźnika też z ul. Chojnickiej, nazwisk ich nie przypominam sobie. Idący z tyłu szeregu miejscowi Niemcy uderzeniem ręki wypychali z szeregu niektórych mężczyzn. Ci byli ustawiani oddzielnie. Później z placu wywieziono ich samochodem ciężarowym. Pozostałych mężczyzn, w tym mnie i ojca, pod eskortą odstawiono do miejscowego więzienia.
W więzieniu nikogo ze straży więziennej nie było, byli sami SS-mani. Tam zostaliśmy z ojcem rozdzieleni. Umieszczony zostałem w celi razem z 12 czy 13 innymi więźniami, wśród których był Otlewski ze Starogardu. Jeden z więźniów powiedział mi, że jest z Żabna, a drugi mówił, że jest z Nowej Wsi koło Starogardu. Pozostałych więźniów nie znałem. Trzeciego dnia, licząc od osadzenia mnie w więzieniu, późną nocą, wszystkich więźniów z naszej celi wyprowadzono na dziedziniec więzienny. Na dziedzińcu było więcej więźniów z innych cel. Załadowano nas na trzy samochody ciężarowe. Ja znalazłem się w trzecim. Powieziono nas w kierunku Tczewa. Zorientowałem się, że minęliśmy Starogard Szlachecki. Po przejechaniu niecałego kilometra od niego samochody skręciły z szosy w lewo. Znaleźliśmy się w lesie. Ustawiono nas szeregiem nad wykopanym już uprzednio dołem. Byli tam SS-mani oraz ci wszyscy miejscowi Niemcy, których poprzednio wymieniłem. Ustawionych nad dołem mężczyzn jakiś SS-man pytał o nazwiska. Gdy wymieniłem swoje, poczułem, że SS-man szarpnął mnie do siebie, wyrywając z szeregu.
Dlaczego to zrobił, tego nie wiem. Drugi z SS-manów zaprowadził mnie do samochodu osobowego, którym odwieziony zostałem z powrotem do więzienia. Gdy wsiadłem do samochodu, to słyszałem serię strzałów karabinowych. W więzieniu zostałem pobity do nieprzytomności i po tym zwolniony. Później ukrywałem się i co się działo w Starogardzie, tego nie wiem.
Odczytano.