HELENA SZEWCZAK

Dnia 12 lutego 1979 r. w Warszawie członek Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce mgr Wacław Bielawski, działając na zasadzie art. 4 dekretu z 10 listopada 1945 r. (DzU nr 51, poz. 293) i art. 129 kpk, z udziałem protokolanta, osobiście przesłuchał niżej wymienioną w charakterze świadka. Świadka uprzedzono o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania, po czym świadek stwierdziła własnoręcznym podpisem, że uprzedzono ją o tej odpowiedzialności (art. 172 kpk). Następnie świadek zeznała, co następuje:


Imię i nazwisko Helena Szewczak
Imiona rodziców Roch i Aleksandra
Data i miejsce urodzenia 28 lutego 1915 r. w Markach
Miejsce zamieszkania Pustelnik, ul. Zabawna 18
Zajęcie emerytka
Wykształcenie podstawowe
Karalność za fałszywe zeznania niekarana
Stosunek do stron obca

W czasie okupacji hitlerowskiej mieszkałam w Pustelniku przy ul. Brzozowej 4 razem z dwojgiem dzieci. Mąż mój przebywał w niewoli, a następnie na robotach w Niemczech. Niedaleko nas mieszkała ciotka mojego męża, Marianna Banaszek, w wieku ok. 50 lat. Razem z nią mieszkała jej 17-letnia córka Stanisława i 20-letni syn Władysław. Druga córka Marianny Banaszek pracowała u kogoś w Warszawie.

W październiku 1943 r. (miesiąc podaję w przybliżeniu, na trawie był już szron) do mieszkania Banaszków przyjechali Niemcy, którzy wyprowadzili Stanisławę i Władysława Banaszków z domu, przywieźli do Marek i tam koło cegielni zastrzelili i zakopali w dołach. Następnie wrócili do Pustelnika i akurat zastali w domu Mariannę Banaszek, która wróciła z kościoła, i w przedpokoju też ją zastrzelili. Kazali jakiemuś mężczyźnie złapanemu na ulicy wykopać dół w ogrodzie, wywlec Mariannę z domu i zakopać w tym dole. Ilu było tych Niemców i jak byli ubrani, nie wiem, tylko przypominam sobie, że był jakiś chłopak, volksdeutsch z naszych stron, z Marek (nazwiska nie pamiętam), ale tego chłopaka po jakimś czasie zastrzelili. Nie wiem również, skąd byli ci Niemcy.

Wiem, że u Banaszków ukrywała się rodzina Żydów z Warszawy — mężczyzna, jego żona i dziewczynka, która zmarła w tym czasie i była pochowana w ogrodzie pod wisienką. Żydzi ci przebywali u Banaszków przeszło rok, ukrywali się w schronie za szafą w pokoju.

U nas w Pustelniku był sołtys volksdeutsch, bardzo porządny człowiek, nazywał się Feler i on uprzedził Mariannę Banaszek i Żydów tam się ukrywających, że grozi im niebezpieczeństwo i że przyjdą Niemcy. Żydzi ci uciekli zaraz w nocy z Pustelnika, a Banaszkowie zostali, myśląc, że jak Żydów już nie ma, to nic im nie grozi. Tymczasem zaraz rano już byli Niemcy i szukali tych Żydów, znaleźli schron i stało się tak, jak już przedtem opowiedziałam. Obecnie w Pustelniku trudno będzie znaleźć kogoś, kto wiedziałby o tej sprawie.

Muszę jeszcze dodać, że starsza córka Marianny Banaszek, Wiktoria, która pracowała w Warszawie, też została zabita. Przyjechała po zabójstwie matki w Pustelniku i moja teściowa [mówiła jej, by nie szła] do mieszkania i nie oglądała matki, która jeszcze leżała niepochowana. Wiktoria jednak poszła i oglądała zwłoki. Następnie pojechała do Warszawy i po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że nie żyje. Przypuszczam, że to ten chłopak volksdeutsch przyczynił się do jej śmierci, gdyż był to zły człowiek, gorszy od innych Niemców. Wiktoria pomagała jakiejś kobiecie na bazarze Różyckiego i tam się często kręciła. Gdzie jest pochowana Wiktoria – nie wiem.

W 1945 r. mąż mój wrócił z Niemiec i zajął się ekshumacją Marianny Banaszek i jej dzieci Władysława i Stanisławy. Następnie wszystkich troje pochował na cmentarzu w Markach. Mam dokument wydany 30 kwietnia 1945 r. przez Komisariat Milicji Obywatelskiej w Markach, który to potwierdza. (Świadek składa odpowiedni dokument z prośbą o zwrot).

Latem 1945 r. przyjechał do Pustelnika znany mi ze szkoły podstawowej Abram Frank. Był w mundurze wojskowym, a przyjechał samochodem Willysem. Wszedł na strych domku Banaszków i wkrótce wyszedł stamtąd z teczką dokumentów, mówiąc, że to bardzo ważne papiery. Zabrał je i wyjechał. Mówił mi, że on też tam u Banaszków był, raczej mówiła mi o tym teściowa, siostra zabitej.

W 1946 r. latem przyjechał samochodem ciężarowym pewien Żyd, ładnie ubrany. Miał on na samochodzie dwie trumny. Do jednej zabrał tę 13-letnią dziewczynkę pochowaną pod wisienką w ogrodzie, a na moje zapytanie, po co ta druga trumna, odpowiedział, że do tej drugiej trumny włoży żonę, która po ich ucieczce od Banaszków upadła i zmarła w lesie pod Otwockiem. Dodał, że oba ciała wywozi do Izraela samolotem.

Rozmawiałam z tym panem, który zabierał ciała, aby coś nam pomógł. Dodałam, że mąż mój dużo się napracował i drogo kosztowała go ekshumacja i pogrzeb osób zamordowanych przez Niemców za przechowywanie jego i jego rodziny. Obiecał, że jeszcze przyjedzie i załatwi sprawę, ale więcej się nie pokazał. Powiedział, że pracuje w ambasadzie, a ci, co z nim przyjechali, mówili do niego „panie ambasadorze”.

Na tym przesłuchanie zakończono i po odczytaniu podpisano.